|
Stronę opracowano na podstawie materiałów będących w posiadaniu
pana Kazimierza Marczewskiego, któremu za ich udostępnienie serdecznie dziękuję.
Widok
na bramę prowadzącą do parku Szczeglina, na miejscu której
znajduje się pomnik upamiętniający miejsce katorg i śmierci wielu
Polaków pomordowanych przez hitlerowskich ludobójców.
*
Powstanie i charakter obozu w Szczeglinie
Obóz w Szczeglinie nie
był obozem koncentracyjnym według przyjętego rozumienia
określenia „obóz koncentracyjny" - był nim obóz podległy
Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), Głównemu
Urzędowi Gospodarki i Administracji SS (WVHA SS), a także
Inspektorowi Obozów Koncentracyjnych. Deportacja do obozu
koncentracyjnego następowała w każdym wypadku na podstawie tzw.
Schurzhaft- (aresztu ochronnego) jako środka zabezpieczającego.
W założeniu uwięzienie miało trwać do końca życia więźnia.Na
podstawie ustaleń - Wydziału Ekspertyz i Opracowań Głównej
Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu obóz w
Szczeglinie w przyjętym rozumieniu nie był obozem
koncentracyjnym. Podkreślić trzeba także, że stwierdzenie to
opiera się na terminologii, której treść została sprecyzowana w
procesach norymberskich. Terminu tego me można przeto odnosić do
hitlerowskich obozów o innym charakterze. Na temat obozu w
Szczeglinie nie zachowały się żadne oryginalne dokumenty
niemieckie. Nasza wiedza o tym obozie wynika jedynie z zeznań
świadków złożonych bezpośrednio po wojnie przed sędziami
grodzkimi, a w latach sześćdziesiątych przed prokuratoremi
Oddziałowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Bydgoszczy,
prowadzącymi śledztwo w sprawie obozu w Szczeglinie. W toku
śledztwa poczyniono ustalenia, które poniżej przedstawiam, jako
istotne dla określenia charakteru obozu w Szczeglinie.
Zabudowania gospodarcze w majątku w Szczeglinie, gdzie założono
obóz, zajął początkowo - 9 września 1939r. - Wehrmacht, który
sprowadził tu około 50 polskich jeńców, zmuszonych do
przystosowania pomieszczeń dla celów obozowych. Obóz zaczął
funkcjonować jako „przejściowy obóz” dla dwóch kategorii
przetrzymywanych tam Polaków: dla internowanych przez operacyjne
grupy policji bezpieczeństwa w „akcji inteligencja" oraz dla
polskich rodzin wysiedlonych z Pomorza, do lutego 1940 r.
(przypomnijmy, że wysiedlenia te obejmowały tzw. „osoby
napływowe" oraz rodziny Polaków ocenianych jako najbardziej
wrogo usposobionych do Niemców).
Osoby internowane
„pozostawały w dyspozycji hitlerowskich władz bezpieczeństwa"
(art. 4 ust.1. pkt. b Ustawy o kombatantach i niektórych osobach
represjonowanych). Po przesłuchaniach były deportowane do obozów
koncentracyjnych lub zwalniane z obozu.
Wysiedlane rodziny
pozostawały w obozie (jednorazowo przebywało
około 300 rodzin) od kilku dni do kilku tygodni, do sformowania
transportu do Generalnego Gubernatorstwa. W dniu 11 lutego 1940
r. z obozu wywieziono ludzi w 20 towarowych wagonach kolejowych.
Osoby wysiedlone nie pozostawały w dyspozycji hitlerowskich
władz bezpieczeństwa i nie były kierowane do obozów
koncentracyjnych. Obóz dla internowanych oraz obóz
przesiedleńczy, zwany „Evakuationslager", istniał do marca 1940
r. Po opuszczeniu obozu przez internowanych i wysiedleńców
założono tam, na początku kwietnia 1940 r. - jak ustalono w
śledztwie - przejściowy obóz karno- izolacyjny dla Polaków,
Żydów i Cyganów aresztowanych przez policję bezpieczeństwa w
rejonie mogileńskim i rejonach sąsiednich tzw. Kraju Warty. W
obozie więziono od tego czasu ogółem 4 tysiące więźniów,
następnie w większości deportowanych do obozów koncentracyjnych,
z których niewielu wróciło. W sierpniu 1940 r. do KL Dachau
wywieziono z obozu w Szczeglinie około 200 księży i zakonników.
Wiele osób rozstrzelano na miejscu. Tych, którzy pozostali,
przeniesiono podczas likwidacji obozu w Szczeglinie do obozu
przejściowego w Inowrocławiu. Osoby, których relacje zamieściłem
na temat obozu w Szczeglinie, przebywały przeto - według wiedzy
GKŚZPNP- w obozie dla wysiedlonych i nie pozostawały do
dyspozycji hitlerowskiej policji bezpieczeństwa. Stwierdzić
trzeba zatem, ze obóz w Szczeglinie nie był - co do charakteru
takim samym obozem jak przejściowy obóz policji bezpieczeństwa w
Inowrocławiu.
**
Historia wsi – majątku ziemskiego rodziny Von Borcków – obozu
hitlerowskiego w Szczeglinie koło Mogilna
Zebrał i opracował Antoni Nowakowski - nauczyciel, uzupełnił
dodatkowymi wspomnieniami i wstępem Leon Niewiadomski – dyrektor
byłej Szkoły Podstawowej nr 1 w Mogilnie.
SZCZEGLIN 1939 - 1945
Początkowo przejściowy obóz dokąd hitlerowcy sprowadzali kolejno
na krótki pobyt: żołnierzy WP, Żydów i księży, a następnie
sprowadzali tu polskie rodziny na przesiedlenie i wreszcie
przemianowano przejściowy obóz na: Obóz karno -
izolacyjny w Szczeglinie. Majątek Szczeglin, była własność
Niemca nazwiskiem: Werner von Borck położony we wschodnim
kierunku o 4 km od powiatowego miasta Mogilna, przy trakcie
wiodącym z Mogilna do Strzelec. Minąwszy stacje pomp
mogileńskich wodociągów odsłania się widok na bramę wiodącą do
parku Szczeglina, na której miejscu znajduje się pomnik
upamiętniający miejsce katorg i śmierci wielu Polaków
pomordowanych przez hitlerowskich ludobójców. W parku, o
składzie pospolitych drzew stoi pałacyk lekkiej konstrukcji.
Pałac z parkiem odizolowany jest od podwórza drucianą siatką i
bramą wjazdową na gospodarcze podwórze. Podwórze otaczają
gospodarcze budynki, i tak: od wschodu duża masywna obora z
futernią, stronę południową zamyka duża stodoła o drzewnej
 |
|
Widok na
Szczeglin od strony wschodniej - rok 2009 |
konstrukcji i wjazdowa brama na pole, zachodnią stronę podwórza
zamyka duży masywny budynek z przeznaczeniem na stajnię,
elektrownię, oborę czy owczarnię i dalej świniarnie i znowu
obórka. Nad ową obórką są dwa mieszkania dla pracowników tegoż
majątku. Jedno z tych mieszkań zajmowała rodzina Rybaków.
Wspomniana rodzina Rybaków miała okno z kuchni, z widokiem na
ogród warzywny pałacu i rozległy widok na Jezioro Szczeglińskie
oraz pola w kierunku Bombowa i Mogilna. Z tego to okna ob.
Rybakowa miała dobry punkt obserwacyjny na ogród warzywny, a co
tam widziała to poniżej podane. Po zajęciu powiatu mogileńskiego
przez wojska Wehrmachtu pojawiło się dwóch obcych osobników w
gospodarczym podwórzu - przeglądają pomieszczenia w budynkach
gospodarczych. Zaintrygowana obcymi ludźmi ob. Rybakowa podeszła
do nieznanych jej mężczyzn i zapytała się, co zamierzają w
Szczeglinie zorganizować. Odpowiedzieli jej, że będzie tu
fabryka pończoch. Po kilku dniach od wizyty tych panów okazało
się co będzie w Szczeglinie. Poczęto tu zwozić kolczasty drut i
zabezpieczać podwórze.
Pierwszymi lokatorami za drutami w Szczeglinie byli żołnierze
Wojska Polskiego. Widziała ich ob. Rybakowa przekraczających
bramę uzbrojoną kolczastymi drutami. Szli z zaciśniętymi
pięściami i ogniem w wzroku. Krótko tu byli nasi chłopcy.
Pochodzący z naszego powiatu zostali zwolnieni do pracy, a
innych powieźli hitlerowcy w nieznanym kierunku pociągiem ze
Szczeglina.
Po Polskich żołnierzach sprowadzili tu hitlerowcy Cyganów i
Żydów. Cygani byli tu krótko, a Żydówki zabrali do Dąbrówki,
majątku von Borcka, do pracy na roli. Następnie byli to księża w
liczbie około 60 - ciu. Księża krótko tu byli. W miesiącach
listopadzie i grudniu 1939 r. gestapowcy z pomocą miejscowych z
okolicznych wiosek Niemców cywilnych, sprowadzali do Szczeglina
całe polskle rodziny z przeznaczeniem na przesiedlenie, jak do
GG czy też do Niemiec. Jednym słowem na wschód czy na zachód.
Były to rodziny inteligencji, rzemieślnicze, a przeważnie
rolnicze zabrane z gospodarstw rolnych. Gospodarstwa rolne
zabierali Niemcy z całym urządzeniem, zaopatrzeniem. Tak samo
Niemcy zajmowali, mieszkania, sklepy, warsztaty rzemieślnicze
polskie pod siłą - wyrzuconych z własnych pieleszy i z tobołkiem
w ręku powieźli ich hitlerowcy w nieznaną dal.
Obóz w Szczeglinie
Ob. Rybakowa podaje, że do Szczeglina sprowadzono, trzykroć po
300 rodzin w czasie od listopada 1939 r. do stycznia 1940 r. Na
odgórne polecenie każda rodzina tu zaciągnięta winna zabrać ze
sobą żywność na okres trzech dni, a tymczasem na zebranie
odpowiedniej ilości rodzin do transportu trzeba było czekać i
kilka tygodni. Wówczas żywność zabrana z domu wyczerpała się i
dzieci na skutek głodu rozpłakały się, a matki wobec problemu
żywności stały się bezradne. Jakkolwiek ob. Rybakowa udzielała
pomocy nieszczęśliwym matkom w dożywianiu dzieci jak i
schorzałych starszym uwięzionycm w Szczeglinie.
Po zakończeniu akcji przesiedleńczej obóz w Szczeglinie zmienił
swój dotychczasowy charakter. Obóz przejściowy zamienili
gestapowcy na obóz karno - izolacyjny na Strafizolationslager.
Gestapowcy i cywilni Niemcy sprowadzili tu Polaków wytypowanych
na wywózkę do obozów zagłady. Zwożono i pędzono do Szczeglina
mężczyzn z powiatów: mogileńskiego, żnińskiego, szubińskiego,
aleksandrowskiego, radziejowskiego i konińskiego, a nawet
przywożono tu Polaków z Kutna i Gostynina. Przybyłych nowicjuszy
do Szczeglina różnie witano. Przeważnie w westibulum pałacu
szczeglińskiego gestapowcy witali, biciem po twarzy, po głowie i
gdzie popadło haropami, kolbami karabinów i pięściami do utraty
przytomności. Pokrwawionych, słaniających się na nogach,
haropami pędzono w podwórze za druty, gdzie w stajniach czy na
strychach (tak zwanych drągach) spiesznie lokum sobie szukali,
by jak najprędzej ujść przed katami hitlerowskimi. Zdawałoby
się, że już przeszli ci ludzie najgorsze. Niestety, tego rodzaju
tortury przechodzili więźniowie w Szczeglinie każdego dnia w
czasie porannej gimnastyki na podwórzu obozu. Na wezwanie do
porannej gimnastyki musieli stanąć do zbiórki wszyscy przymusowi
lokatorzy obozu w Szczeglinie. Komendę nad całością zebranych
obejmował zwykle Szymański, uzbrojony w maczugę lub harop. Na
wstępie w trakcie przeglądu zebranych gotowych do gimnastyki,
posypały się razy haropem lub bicie po twarzy. W trakcie
gimnastyki odbywały się biegi wokół podwórza gospodarczego,
żabki, skoki przez dyszle specjalnie w tym celu ustawionych
wozów na podwórzu, czołganie się i inne wyczyny. Biada temu,
który w trakcie gimnastyki zemdlał czy też obalił się. Takim
przyśpieszył z pomocą Szymański, okładając go bezlitośnie
maczugą czy też haropem nie bacząc, gdzie, ciosy padają. W
wypadku zemdlenia od ciosów kata, oblewano nieszczęśliwego wodą
a jeżeli delikwent mimo zabiegów zlewania zimną wodą nie
odzyskał przytomności, wówczas Szymański z pomocą gestapowców
zawlekli go do świniarni ułożyli na cementowej posadzce w celu
udzielenia delikwentowi pomocy lekarskiej. Zwykle było tak, że
taki już przytomności nie odzyskał. Do szczęśliwców należeli ci,
którzy mieli szczęście dostać się do pracy na polu. Tam mieli
spokój (czasami i na polu świszczał bat), lecz z dala od lagru -
a bywało i tak, że litościwi ludzie podrzucali coś do zjedzenia
pracującym na polu lagrowym. Jeżeli wartownik nic nie zauważył
podrzuconej paczuszki z chlebem to było dobrze, ale w przeciwnym
razie wartownik zniszczył zawartość podrzuconej paczuszki z
chlebem albo też tego, który podniósł paczuszkę z chlebem został
okrutnie zbity, skopany i zelżony. Mawiano - szczęśliwie przeżył
dzień w Szczeglinie ten, który 100 ciosami dzień zakończył. Tego
rodzaju powiedzenie świadczy o bestialskim traktowaniu ludzi
uwięzionych w Szczeglinie. Elżbieta Rybakowa widziała
przez okno z mieszkania swego wyczyny gestapowców godzące w
godność człowieka. Pewnego dnia widziała przez firankę ze swego
mieszkania przez okno - w stronę ogródka należącego do majątku,
jak to dwaj gestapowcy wykopali głęboką jamę a następnie
przyprowadzili młodego mężczyznę fizycznie wyczerpanego o wątłej
budowie ciała, którego wrzucili do jamy i żywcem zakopali.
Miejsce to po zakopaniu tegoż człowieka zbeszcześcili
wydzielinami własnego organizmu. Nadmienić wypada, iż po wojnie
kiedy to przeprowadzano w Szczeglinie ekshumacje zwłok tam
straconych ludzi, wyżej wymieniona wskazała miejsce żywcem
zakopanego mężczyznę, które to zwłoki znaleziono na wskazanym
miejscu, zgodnie z jej określeniem miejsca i pozycji w jamie.
Zwłoki straconych tu ludzi, którzy zginęli z rąk hitlerowskich
ludobójców w Szczeglinie nocami wywożono w nieznane dotąd
miejsca, a dużo zagrzebanych znaleziono w stodołach po byłych
działkowcach Szczeglina.
Ostatnimi więźniami Szczeglina była dość duża grupa wojska
austriackiego na czele z oficerem. Było to wiosną 1941 r. Według
tam krążących wersji, wojsko to zbuntowało się nie chcąc iść na
front i walczyć o sprawy hitlerowskie. Wprowadzenie tegoż wojska
do Szczeglina uwięzionych wspólnie z cywilami nie odpowiadało
ambicji wojskowym, to też wszczęli bunt przeciwko tam
zamieszkałym gestapowcom. W przyśpieszonym tempie gestapowcy
poczęli przygotowanie obozu koncentracyjnego w Inowrocławiu dla
cywilnych więźniów więzionych w Szczeglinie. W przeciągu 14 dni
obóz w Inowrocławiu był gotowy do przyjęcia cywilnych więźniów
ze Szczeglina to też wszystkich cywilów ze Szczeglina
przetransportowano do Inowrocławia. Z chwilą przygotowania
należytego pomieszczenia, dla więźniów ze Szczeglina w
Inowrocławiu tak wtedy wszystkich cywilów zabrano z obozu
szczeglińskiego i przewieziono do Inowrocławia. W Szczeglinie
pozostało samo wojsko.
Świadek Edmund Kowalski zamieszkały w Szczeglinie podaje co
następujące wiadomości: Wiosną 1941 r. na skutek sprowadzenia tu
do szczeglińskiego obozu austriackiego zbuntowanego wojska,
zakończył swą działalność obóz karno - izolacyjny w Szczeglinie
dla cywilnej ludności. Pozostało samo wojsko. Pewnego dnia
oficer tegoż uwięzionego tu wojska, przywoływał do siebie, wyżej
wspomnianego świadka zarzucając mu szpiegostwo na rzecz Niemiec.
Kiedy świadek przedstawił mu się jako Polak, że jest robotnikiem
w tym majątku, wówczas ów oficer udał się do kwatery gestapowców
a powróciwszy przyniósł ze sobą listę straconych Polaków w
Szczeglinie. Był to arkusz papieru zapisany maszynowym pismem na
wszystkie strony nazwiskami ludzi straconych w obozie
szczeglińskim. Ów oficer dodał od siebie: "Nie bój się mnie,
jestem austriakiem jak i moi żołnierze a uwięzili nas za to, że
nie włączyliśmy się do transportu wojska wysłanego na front."
Dalej mówi świadek. Na dalsze pytania jego cytatu, gestapowcy
wyrabiali z uwięzionymi odpowiadałem: Nan Połakom nie wolno było
patrzeć ani podpatrywać co tu się działo z więźniami, gdyż
groziło to lagrem, albo rozstrzelaniem, w wypadku zauważenia
podglądania ich gestapowskich wyczynów. Tyle Edmund Kowalski. W
obozie szczeglińskim bywało 1800 ludzi. Trwał ciągły napływ
nowych ludzi do Szczeglina, a dziennie ginęło około 40 więźniów.
Straconych w obozie nocami wywożono w nieznane. Innych
wyprowadzano nocami na stracenie. Dzienne utrzymanie
kształtowało się następująco: śniadanie, pół litra kawy, obiad -
litr jakiejś niby kaszy ze śledziami z gotowanego jakiegoś mięsa
niewiadomego pochodzenia, na kolacje - pół litra kawy i jeden
dwu kilogramowy bochenek chleba na ośmiu ludzi. Z wydzielonymi
porcjami trzeba było biegiem uchodzić a biegnąc połowę kawy czy
zupy gubiono w drodze. W karno - izolacyjnym obozie w
Szczeglinie działało 10 gestapowców w tej liczbie było 4
oficerów gestapowskich. Do pomocy mieli cywilnych, miejscowych
Niemców i kata Polaka Szymańskiego.
Świadkowie powyżej podanych wiadomości o obozie tortur i
męczeństwa w Szczeglinie w latach 1939 - 1945 do chwili
zlikwidowania obozu w Szczeglinie:
1. Rybak Elżbieta, zamieszkała w Szczeglinie, która
mieszkała w podwórzu obozu w Szczeglinie.
2. Karczewski Feliks zamieszkały w Szczeglinie, który
pracował w czasie działania obozu w Szczeglinie.
3. Kowalski Edmund zamieszkały w Szczeglinie, który pracował
w czasie działania obozu w Szczeglinie.
4. Marczewski Wiktor - rolnik zamieszkały w Goryszewie –
więziony w Szczeglinie z rodziną, żoną Marianną, synem
Kazimierzem i córką Jadwigą.
5. Wrzeszczyński Henryk - nauczyciel - kierownik szkoły w
Niewolnie były więzień w Szczeglinie.
6. Łaniecki Władysław zamieszkały w Dąbrowie pow. Mogilno -
więzień w Szczeglinie.
7. Los Henryk zamieszkały w Trzemesznie jako żołnierz, jeden
z pierwszych polskich żołnierzy - więziony w Szczeglinie.
8. Markiewicz Kazimierz zamieszkały w Kunowie pow. Mogilno
koło stacji PKP.
***
Powstanie obozu na Bloniach w
Inowrocławiu
Dekretem Hitlera zniesiony został z
dniem 25 października 1939 roku - rząd wojskowy na obszarze
Wielkopolski. Władzę przejęła administracja cywilna. Szybko
postępował proces przekształcania ziem okupowanych wcielonych do
III Rzeszy w jeden organizm podporządkowany aparatowi SS. Na
mocy zarządzenia dowódcy SS i szefa policji Himmlera, w Poznaniu
powstał okręgowy urząd Gestapo (Geheimestaatspolizeileitstellle).
Struktury Tajnej Policji Państwowej wniknęły do większych
ośrodków Kraju Warty. Poznańskiej kierowniczej placówce
podporządkowano placówki terenowe w rejencjach - łódzkiej i
inowrocławskiej. Niemal natychmiast przystąpiono do walki z
polskością, tak w sferze społeczno - politycznej jak i
kulturalnej. Impulsy do tej walki płynęły z samego Berlina,
gdzie już w maju 1939 roku powstała specjalna centrala służby
bezpieczeństwa, której sekcja pod kryptonimem „Centrala II P"
zajmowała się wyłącznie problematyką polską. Centrala ta
prowadziła odrębną kartotekę, na podstawie której sporządzane
były listy proskrypcyjne, przekazywane natychmiast służbom
bezpieczeństwa - Einsatzkomando, wchodzącym jako jednostki
niższego szczebla w skład Einsatzgruppe. Upoważnione przez
Hitlera do stosowania szerokiego stosowania środków przymusu
(dekret z 7 października 1939 r. „O umocnieniu niemczyzny",
przystąpiły, w ramach politycznego oczyszczania gruntu, do
masowych aresztowań osób zaliczonych do „przywódczego elementu".
Placówka Gestapo w Inowrocławiu w pierwszych miesiącach okupacji
dysponowała tylko jednym obozem karno - izolacyjnym mieszczącym
się w Szczeglinie (4 km na wschód od Mogilna). Trzeba dodać, że
wcześniej, bo już od października 1939 r., Szczeglin spełniał
funkcję obozu jenieckiego dla żołnierzy polskich wracających z
wrześniowej kampanii i jako taki podlegał komendanturze 8 Armii.
Od listopada tegoż roku umieszczano w tym obozie Żydów i
Cyganów, a później zaczęto lokować ludność polską przeznaczoną
do dalszego przesiedlania. Szczeglin podporządkowany był
bezpośrednio Gestapo w Inowrocławiu. Był to obóz prowizoryczny
niedoskonały pod względem zarządzania i nadzoru, nietypowy jeśli
chodzi o warunki bytowania więźniów. W połowie 1940 r.
wytypowano teren pod nowy obóz - tym razem już w karnym
Inowrocławiu przy Immellmannstrasse 2 (obecnie ul. Okrężek).
Była to działka o powierzchni ok. 13 000 m2
przeznaczona przedtem na cele rolnicze i należąca do Wiktorii
Kowalskiej. W ramach wstępnych prac przygotowawczych sprowadzona
specjalnie grupa Żydów oczyściła plac o wymiarach 100 m na 90 m
i zniwelowała teren. Wymagało to przemieszczenia znacznych mas
ziemi, jako że różnica poziomów wyznaczonego terenu na długości
100 m wynosiła ok. 2 m. Wybrukowano ponadto ponad 200 m
bieżących drogi dojazdowej do głównej bramy obozowej. Budowę
właściwego obozu rozpoczęto 2 lub 3 sierpnia 1940 r. I tutaj
główny ciężar prac spoczywał na więźniarskiej sile roboczej.
Dowożeni ze Szczeglina więźniowie polityczni wykonali wiele
metrów bieżących wykopów pod fundamenty ogrodzenia i baraków
mieszkalnych dla przyszłej załogi wartowniczej i więźniów. W
dwóch narożnikach placu (północno - zachodnim i południowo -
wschodnim) ustawiono drewniane wieże wartownicze o wysokości
ponad 8 m. Plac apelowy pozostawiono bez utwardzenia. Nad
betonowym ogrodzeniem zamontowano pas drutu kolczastego.
Zainstalowane zostało stałe oświetlenie placu apelowego oraz
ruchome oświetlenie na wieżach strażniczych. W dniu 15 września
1940 r. obóz oddano do dyspozycji miejscowej placówki Gestapo.
Dzień ten, otwierając istnienie obozu na Błoniach, zamyka
równocześnie działalność obozu w Szczeglinie.
Powtórzono za Alojzym
Nowickim
****
Wykaz osób przebywających w obozie Szczeglin na podstawie
ustaleń Antoniego Nowakowskiego
Głowacki Stanisław
z Mogilna, urodz. 22.10.1910 r. w Mogilnie, urzędnik, żonaty. Z
miejsca pracy zabrany i uwięziony w Szczeglinie. W Dachau zmarł
23.03.1942 r.
Kostecki Franciszek
z Mogilna, urodz. 30.11.l880 r. w Połczyni, pow. Inowrocław,
kupiec, żonaty. Dnia 04.05.1940 r. Schuppo zabrało wspomnianego
i uwięzili w Szczeglinie skąd wywieziony do Dachau gdzie zmarł
09.08.1940 r.
Pawełczak Jan
z Mogilna, urodz. 18.02.1895 r. w Budzisławiu pow. Żnin. Za
swoją społeczną pracę na terenie miasta Mogilna uznany za
niebezpiecznego i aresztowany. Zbitego, pokrwawionego powieźli
go do Gniezna skąd przewieźli Pawełczaka do Szczeglina a nast.
do obozu konc. w Mathausen gdzie we wrześniu 1940 r. zmarł. Urnę
z prochami otrzymała małżonka straconego. Był z zawodu
rolnikiem. Osierocił 3 małoletnich dzieci.
Romianowski Edmund
z Mogilna, urodz. 12.05.1912 r. w Holscheid - Niemcy, biurowy,
kawaler. W kwietniu 1940 r. zabrali go hitlerowcy wiodąc około
800 m, katowali go w drodze, a w biurze przeprowadzili na nim
prawdziwą masakrę wybijając mu zęby i wykręcając ręce. Po
śledztwie powieźli go do Szczeglina, stąd do obozu w Mathausen -
Gusen. Dokument zgonu posiada siostra straconego.
Smól Józef
z Mogilna, urodz. 16.02.1892r. w Poznaniu, zegarmistrz, kawaler.
W dniu 04.05.1940 r. hitlerowcy zabrali Józefa i umieścili w
przejściowym obozie w Szczeglinie skąd powieźli go do obozu
koncentracyjnego w Buchenwaldzie gdzie dnia 29.07.1941 r. zmarł.
Dokument zgonu wystawiło Amtzkomiser Mogilno dnia 19.09.1941 r.
Szperka Stanisław
z Mogilna, urodz. 12.04.1909 r. w Trzemesznie pracownik
umysłowy, żonaty, osierocił 2 małol. dzieci. Aresztowany na
ulicy powieziony do Szczeglina i dalej do Żabikowa obozu
śmierci. Na skutek zbliżania się zwycięskiej armii ze wschodu
hitlerowcy popędzili część więźniów do Sachsenhausen gdzie
wszystkich więźniów rozstrzelali wśród których zginął i Szperka.
Sibor Ignacy
z Wylatowa, urodz. 31.03.1902 r. w Broniewicach pow. Mogilno,
robotnik, żonaty, osierocił 4 małol. dzieci. Powróciwszy z wojny
w kwietniu 1940 r. miejscowi Niemcy zabrali go i pobili, a
zabrawszy go z sobą pędzili, bijąc do więzienia w Mogilnie. Po
trzech dniach powrócił do domu lecz Niemcy z Wszednia ujęli go i
powiedli do przejściowego obozu w Szczeglinie a ze Szczeglina do
obozu w Inowrocławiu i dalej do Mathausen, gdzie 11.11.1941 r.
zmarł. Dokument zgonu posiada rodzina.
Prusiński Józef
z Kopczyna, urodz. 28.01.1890 r. w Sójkowie, pow. Inowrocław,
rolnik, żonaty. Aresztowany i osadzony w Szczeglinie gdzie
przebywał od 04.03.1940 r. zmarł. Osierocił 3 małol. dzieci.
Świadkowie – współwięźniowie: Stasiński Bolesław Palędzie
Kościelne i Giemza Jan.
Poliński Marian
z Dąbrowy, urodz. 19.07.1905r. naczelnik poczty w Dąbrowie,
kawaler. W październiku 1939 r. został z rodzicami wyrzucony z
mieszkania a następnie zabrali go i powieźli do Szczeglina
przejściowego obozu, skąd znowu do Inowrocławia i Dachau, a na
koniec do Mathausen Gusen gdzie w 1941 r. zmarł.
Adamski Władysław
z Ludziska, urodz. 22.12.1888 r., ksiądz. Gestapowcy zabrali go
26.08.1940 r. i powieźli do Szczeglina a następnie do
Sachsenhausen - Oranienburgu i dalej do Dachau gdzie zmarł
05.07.1942 r.
Kukliński Jan
z Twierdzina, urodz. 06.12.1900 r. w Srebrna Góra, pow. Żnin,
robotnik, żonaty, osierocił 3 małol. dzieci. Aresztowany i
uwięziony w Mogilnie, następnie zwolniony lecz w 1940 r.
ponownie zabrany do Szczeglina a oznaczywszy go krzyżem na
plecach powieźli do Dachau skąd żona otrzymała wiadomość o
śmierci męża.
Gallus Stanisław
z Mogilna, urodz. 19.06.1921r. w Podgaju, kawaler. Zabrany w
maju 1940 r. i uwięziony w Gębicach skąd powieźli go do
Szczeglina, stąd po 3 tygodniach rozstrzelali go w Kopcach koło
Strzelna.
Gallus Czesław
z Bystrzyca koło Mogilna, urodz. 18.08.1918r. w Podgaj, pow.
Mogilno, rolnik, kawaler. W maju 1940r. zabrany przez
gestapowców i osadzony w Gębicach, następnie powieziony do
Szczeglina obozu przejściowego, gdzie na skutek katowania i
tortur zmarł w czerwcu 1940 r. w Szczeglinie.
Wesołowski Romuald
z Olszy, urodz. 01.12.1906 r. w Olszy, nauczyciel, żonaty. W
roku 1940 internowany i osadzony w obozie w Szczeglinie, skąd
powieźli go do obozu w Dachau, z Dachau do Mathausen - Gusen
gdzie w 1941r. w styczniu zmarł. Świadek naoczny z wspomnianego
obozu opowiadał jak zginął Romuald. Hitlerowcy przywiązali
Romualda do betonowego słupa i szczuli go psami tak, że psy
żywcem szarpały ciało wspomnianego, skazanego na męczeńską
śmierć.
Świtała Władysław
z Padniewka, urodzony 09.05.1895 r. w Padniewie, rolnik, żonaty,
3 małol. dzieci. Hitlerowcy zabrali go i uwięzili w Szczeglinie
dnia 10.03.1940 r. a ze Szczeglina powieźli go do Dachau gdzie
zmarł 23.12.1940r. Nr obozowy 8952, blok 15 cela II w Dachau.
Zieliński Roman
z Goryszewa, urodz. 31.07.1924 r. w Inowrocławiu, rolnik,
kawaler. Schupowcy zabrali z mieszkania wymienionego i uwięzili
w Gębicach, a następnie do obozu przejściowego w Szczeglinie
gdzie każdego poranka pewien Szymański przeprowadzał gimnastykę
z maczugą w ręku, który już nie żyje. Z jego rąk zginął Roman.
Do Szczeglina dostał się 15.05.1940 r. a daty jego zgonu nie
można ustalić.
Schubert Leopold
z Kwieciszewa, urodz. 13.12.1873 r. w Turwi, pow. Kościan
organista - ślusarz, żonaty. Był powstańcem wielkopolskim z roku
1918 i jako takiego aresztowali go gestapowcy dnia 04.05.1940
r., powieźli go do Poznania, lecz z Poznania powrócili go do
Szczeglina obozu przejściowego. Ze Szczeglina powieźli go do
Dachau a następnie do Mathausen gdzie 03.07.1940 r. zmarł.
Mrówczyński Stanisław
ze Stodół, urodz. 06.11.1902 r. w Stodołach, pow. Mogilno,
poczta Strzelno, rolnik, kawaler. W kwietniu 1940 r. gestapowcy
zabrali go z mieszkania i umieścili w obozie przejściowym w
Szczeglinie skąd powieźli go do obozu koncentracyjnego w
Inowrocławiu, jak zwykle w obozach śmierci, po wielkich
torturach i głodowaniu, ludzie tam ginęli. Tak również
Mrówczyński zmarł 22.05.1941 r. Nr obozowy 1797, blok 18 z dnia
22.05.1941 r. w Matchausen.
Foremski Władysław
ze Strzelna, urodz. 10.05.1890 r. w Wylatkowie, pow. Gniezno,
rolnik, żonaty, osierocił 4 mał. dzieci. Wysiedlono go z
własnego gospodarstwa rolnego do wsi Wielowo, a jego
gospodarstwo objął Niemiec nazwiskiem Sittner, który Foremskiego
wydał na stracenie, którego zabrali 04.05.1940 r. i powieźli do
Szczeglina skąd do Mathausen gdzie zmarł 07.02.1941 r.
Linettej Szymon
ze Strzelna, urodz. 09.10.1898 r. w Kcyni, pow. Szubin,
pocztowiec, żonaty, osierocił 4 mał. dzieci. W dniu 04.06.1940r.
zabrany do Szczeglina i poprzez inne obozy śmierci powieźli go
do Mauthausen - Gusen gdzie 19.11.1940 r. zmarł. Dokument zgonu
nr 3334 z Gusen
Matwijczuk Jan
ze Strzelna, urodz. 26.11.1903 r. w gubernii podolskiej
(robotnik), rolnik, żonaty, osierocił 2 mał. Dzieci. Na donos
niemieckiego listonosza hitlerowcy uwięzili go w Strzelnie
następnie w Szczeglinie, a po tygodniu zbitego powieźli do
Dachau gdzie 14.04.1940 r. zmarł.
Szmatuła Stanisław
ze Strzelna, urodz. 08.05.1918 r. w Strzelnie, kierowca,
kawaler. Zabrany z mieszkania 04.05.1940 r. przez hitlerowską
policję. Uwięziony w Szczeglinie skąd do Dachau. Z obozu śmierci
pisywał listy do rodziców, które ojciec starannie przechował do
dzisiaj. W obozie był od 15.05.1940 r. do lutego 1942 r. i tam
zmarł.
Woźny Władysław
ze Strzelna, urodz. 21.05.1889 r. w Grodzisku Wielkopolskim,
młynarz, żonaty, osierocił 4 małoletnich dzieci. W dniu
04.06.1940 r. gestapowcy zabrali go z domu i uwięzili w obozie
przejściowym w Szczeglinie, a 06.05.1940 r. powieźli do Dachau.
Po 3 miesiącach znalazł się w Mauthausen - Gusen. Tam zmarł dnia
04.11.1940 r.
Gabryszak Zygfryd
z Różanny, urodził się 20.10.1907 r. w Różannie, pow. Mogilno,
rolnik, osierocił 1 małol. dziecko. W dniu 20.05.1940 r.
pojawili się schupowcy w mieszkaniu i zabrali z sobą Zygfryda i
powieźli go do Szczeglina, a następnie do Dachau i Mauthausen.
Zmarł w Mauthausen 1940 r.
Ciabach Florian
z Łąkie koło Strzelna pow. Mogilno urodz. 01.09.1909r. w Trlągu,
pow. Mogilno, robotnik, żonaty, osierocił 2 małol. dzieci.
Jesienią 1939 roku zabrali hitlerowcy Floriana i powieźli do
Szczeglina i dalej do Dachau gdzie 16.12.1940 r. zmarł.
Chudziński Bronisław
z Gębic, urodzony 10.09.1879 r. w Małym Muszynku, pow.
Inowrocław, szklarz, żonaty osierocił 4 małol. dzieci. Dnia
14.09.1939 r. po powracającego pociągiem wyszli na dworzec w
Gębicach. Zabrali z sobą katując po drodze i uwięzili go w
Gębicach a następnie do Szczeglina i dalej do Oranienburgu gdzie
zmarł 14.10.1940r.
Radacz Walenty
z Myślątkowa, pow. Mogilno, urodzony 08.01.1873 r. w Słowikowie,
pow. Mogilno, drogomistrz, żonaty, osierocił 3 małolet. dzieci.
W dniu 03.05.1940 r. samochodem zabrany do Gębic i okrutnie
skatowanego powieźli do obozu przejściowego w Szczeglinie gdzie
przy przyjmowaniu go do obozu zbili, skatowali go do tego
stopnia że zabili go na miejscu.
Rólski Hieronim
z Gębic, urodz. 28.10.1908r. w Gębicach, kupiec, żonaty,
osierocił 3 małol. dzieci. W dniu 04.05.1940r. zabrany przez
gestapowców i przewieziony do Szczeglina, a następnie do Dachau
i dalej do Mauthausen - Gusen gdzie 19.03.1941 r. zmarł. Akt
zgonu 731 z Mauthausen - Gusen z dnia 20.03.1941 r.
Weber Władysław
z Gębic, urodz. 1896 r, w Gebicach, nauczyciel, żonaty. W
październiku 1939 r. aresztowany i osadzony w Szczeglinie gdzie
został okrutnie pobity, skopany a następnie wywieziony do
Garwolina gdzie chorował, a powróciwszy do Markowic zmarł.
Błaszak Stanisław
z Gębic, urodz. 26.03.1903r. w Chełmnie, pow. Inowrocław,
rolnik, żonaty, osierocił 3 małol. dzieci. W dniu 3 maja 1940 r.
spieszącego z pracy do domu aresztował go hitlerowiec i powiózł
go do Szczeglina, następnie do Dachau z Dachau do obozu
Mathausen - Gusen gdzie 27 maja 1941 r. zmarł.
Walkowiak Julian
z Trzemeszna, urodz. 20.11.1909 r.w Trzemesznie, pow. Mogilno,
rybak, kawaler. Za udział w obronie Trzemeszna ujęty na drodze,
powracając do domu z pracy, przez gestapowców i uwięziony w
Trzemesznie. Następnie przewieziony do Szczeglina, a następnie
do Dachau i dalej do Mauthausen - Gusen i tam w lipcu 1940 r.
zmarł.
Łagiewski Mieczysław
z Gębic, urodz. 15.01.1888 r.w Gębicach kupiec, żonaty,
osierocił 5 małol. dzieci. W maju 1940 r. gestapowcy zabrali z
mieszkania i powieźli do Szczeglina i dalej do Dachau a z Dachau
do Mauthausen - Gusen gdzie 25.11.1940 r. zmarł.
Sielecki Alojzy
z Mogilna, urodz. 1913r. w Mogilnie, biuralista, żonaty
osierocił 1 małol. dziecko. Gestapowcy uwięzili go w
przejściowym obozie w Szczeglinie, ze Szczeglina do Dachau i
dalej do obozu w Mauthausen gdzie zmarł w 1941r.
Ks. Lapis Kazimierz
z Ostrowa, pow. Mogilno, urodz. 02.12.1880 r. w Barcinie, pow.
Szubin. Gestapowcy zabrali księdza 08.12.1940 r. i powieźli
dalej do Szczeglina dalej do Sachsenhausen i Oranienburga,
18.11.1940 r. zmarł.
Pytlewicz Maksymilian
z Różanny, pow. Mogilno, urodz. 04.07.1903 r. w Markisch -
Friedland, nauczyciel, żonaty. W maju 1940 r. gestapowcy
powieźli go do Szczeglina, do Dachau i dalej do Mauthausen -
Gusen gdzie zmarł 19.11.1940 r.
Ks. Lapis Marian
z Orchowa, urodz. 29.01.1906 r., proboszcz parafii w Orchowie.
Ks. zabrali gestapowcy i uwięzili tymczasowo w Szczeglinie,
gdzie przebywał od 13.04.1940 r. do 28.08.1940r. skąd został
przewieziony do Oranienburgu - obozu koncentracyjnego, a
15.12.1940 r. do Dachau gdzie 20.08.1942 r. zmarł.
ks. Dziekan Tadeusz Zieliński
ks. Józef Batkowski, urodzony w Popielewie k. Trzemeszna
Dr Jan Gracz
Majewski
Maksymilian Klemczak
Musiałkiewiecz
Winkiel
ks. Sarniewicz
Jan Giemza
Wojciech Pilarski
Stanisław Głowacki
Wacław Bobrowski
Walenty Żurawski
Wincenty Michalski
Stanisław Kasprowski
Franciszek Kostecki
Jan Pawełczak
Fiałkowski
Józef Smól
Dr Kościński
Mateusz Śliwiński
Dr. Wojciechowski
sierz. Szablewski
plut. Kaczmarek
Mieczysław Giemza
Górski Fryczy
Fabiak
Kranz
Dr Fiutal
Czesław Kaczmarek
Boguszewicz
ks. Gałęzewski
Mendyka
Joachim Borys
Kaczmarek
Franosz
Tadeusz Cegiel
Grafik
Górski
Matysiak
Kędzierski
Janczak
Bucholz
aspir. Maternowski
Kaczmarek
Hasiński
Górny
Zdzisław Kausa
Kausa Rozalia
Inda
rodzina Skoczywlasów
Bernard Wegner
Kazimierz Wegner
Szczepan Lewandowski
Wiktor Marczewski
Maria Marczewska
Kazimierz Marczewski
Jadwiga Marczewska
Franciszek Marczewski
Roman Zieliński
*****
Szczeglin -
przedpiekle hitlerowskich obozów. Wspomina więzień obozu w
Szczeglinie Ryszard Brenner.
W chlewie i
na strychu
 |
|
Widok na
pałac i plac od strony południowej - rok 2009 |
Wprowadzono
nas na obszerne podwórze. Po lewej stronie były murowane
stajnie, chlewy i obory oraz mieszkalna nadbudówka, na wprost -
obszerna stodoła poważnie zniszczona, z lewej strony również
jakaś szopa i duża sterta nawozu. Ustawiono nas frontem do bramy
w odpowiedniej odległości jeden od drugiego, nie wolno było
rozmawiać, palić, ani też nic sobie podawać. Uchyliły się lekko
wrota stajni, ktoś trwożnie wyjrzał przez szparę i szeptem
zapytał: Skąd wy? Z Kutna, Gostynina, Koła
-odpowiadaliśmy. Ciszej, mogą nas usłyszeć. Czego wy tacy
wystraszeni i gdzie jesteśmy? Czemu wystraszeni? Zaraz sami
przekonacie się? Tu jest piekło? Majątek polski Szczeglin,
jesteśmy tu od kilku dni, jest nas czterystu z Włocławka i
Inowrocławia, coś okropnego co się tu dzieje, tu jest
wykańczalnia ludzi. Uważajcie i trzymajcie się mocno. Będą
sporządzać waszą ewidencję i przeprowadzać rewizje. Jeśli macie
jakieś kosztowności, to przechowajcie w ziemi gdzie stoicie,
palić też nie wolno - zniszczcie, a Szwabom nie dajcie. Uwaga
nadchodzą! Mówiący skrył się. Byliśmy, mu niewymownie
wdzięczni za to ostrzeżenie, ale też i wystraszeni. Rozglądając
się trwożnie, ten i ów co jakiś czas pochylał się i coś
zagrzebywał w ziemi lub mocno rozcierał pod stopami tytoń i
papierosy. Żal nam ich było, ale cóż robić. Szwabom nie damy.
Ci, co poszli na pierwszy ogień, nie zdążyli nic pochować,
zabierano więc im wszystko, co miało jakąś wartość, a
szczególnie papierosy. Ponieważ żadnych kosztowności nie miałem,
przystąpiłem do niszczenia papierosów i tytoniu, a miałem tego
kilka paczek. Ledwo zdążyłem dokonać tej operacji, gdy
przechodzący obok naszej kolumny policjant zauważył, jak jeden
z kolegów niszczył papierosy, doskoczył więc do niego i
wskazując ręką na ziemię, krzyknął: Co to znaczy? Zapytany coś
odburknął. Wtedy policjant zaczął niemiłosiernie okładać biedaka
kolbą i kopać ciężkim butem, a gdy bity zwalił się na ziemię,
zaczął go deptać i bić. Znęcał się tak długo, aż ten krwią się
zalał i zaczął jęczeć. Wówczas przestał bić zaklął, splunął i
spokojnie odszedł. Był to przedsmak tego, co nas tu czeka.
Wreszcie przyszła kolej i na mnie. Śmiało podszedłem do stolika.
Tęga Niemka, mówiąca płynnie po polsku, zagadnęła tak, jakby
mówiła do swego służącego - Jak się nazywasz? Kiedy urodzony?
Wyznanie? No prędko! Co, ty Polak? A czemu masz niemieckie
nazwisko? Nie wiem - odrzekłem - bardzo tego żałuję! Milcz -
przerwała - masz szczęście, że on nie rozumie - wskazała na
gestapowca - byłbyś biedny, - no dalej - jaki twój zawód?
Gdzie mieszkasz? Ile masz pieniędzy i jakie kosztowności? No,
mów! Pieniędzy to mam trzy złote a kosztowności nie mam żadnych?
- No dobrze, idź już, a nie bądź taki hardy, teraz Niemcy są
panami tego Kraju i nam będziecie służyć. Z szumem w głowie
udałem się do następnego stolika. Tu kazano mi złożyć pieniądze
do depozytu i gdy to uczyniłem, musiałem dojść do rewidującego
gestapowca. Należało - szybko rozłożyć rzeczy na ziemi, a
jeszcze szybciej zbierać, bo przez ten czas sypały się uderzenia
bykowcem. Ile oberwałem bykowców - nie pamiętam, wiem tylko że
gdy stanąłem w kolumnie, czułem szalony ból w plecach i
rękach. Około godziny 18 - tej rejestracja była ukończona.
Ludzie starsi zostali umieszczeni w brudnych cuchnących chlewach
do których wrzucano po wiązce - słomy. Na takim barłogu musiało
się pomieścić od 8 do 10 ludzi i tylko w pozycji siedzącej. Nie
lepiej też było i na strychu nad oborami, dokąd i ja dostałem
się z wszystkimi młodszymi kolegami z Gąbina, Gostynina, i
Sannik. Nad głowami mieliśmy obrzydliwe pajęczyny, a na
betonowej podłodze trochę słomy. Z przekleństwem i szturchańcami
wydano nam kawę, poczem zjawili się gestapowcy i odczytali
regulamin tutejszego obozu. Pobudka o 5 - tej rano, szybko
wstać, biegiem do ustępu, w którym nie wolno przebywać dłużej
jak jedną minutę, w drodze powrotnej umyć się w korycie, potem
biegiem na swoją sutubę, na śniadania. Po śniadaniu każdy musi
się przygotować i czekać na gwizdek. Po gwizdku biegiem na plac
- na zbiórkę - po gimnastyce biegiem na swoją sztabę. Nie wolno
przytem palić papierosów, ani też głośno rozmawiać. Gdy wejdzie
ktoś - z przełożonych na salę, należy szybko zerwać się i stanąć
na baczność z odkrytą głową - tak długo, aż wizytujący da znak
lub wyjdzie. Obiad o 12 - tej, na obiad do kuchni z naczyniami
biegiem ustawiać się w rzędzie, szybko dojść do kotła i po
otrzymaniu swojej, porcji pośpiesznie oddalić się, by nie
tamować ruchu. Po obiedzie do kolacji wolno zająć się osobistymi
sprawami. Na podwórze ani też do innych sal wychodzić nie wolno,
po kolacji spać. W nocy wychodzić nie wolno. Kto nie będzie
przestrzegał tych i później wydanych regulaminów, będzie
rozstrzelany. Nazajutrz odczuliśmy regulamin na własnej skórze.
Po pobudce grupami po 30 - tu biegiem do ustępu, po drodze
poganiali Selbstschutze. Na opieszałych sypały się kije i
uderzenia pięścią, w drodze powrotnej natrafiliśmy na przeszkodę
- ustawiony był w poprzek wóz tak, że trzeba było skakać przez
dyszel. Dla starszych okazało się to ciężką przeszkodą, która,
wielu miała, kosztować później zdrowie lub życie, ci bowiem,
którzy nie mogąc przeskoczyć próbowali przeleźć, obrywali kije i
często się nie podnosili. Po śniadaniu oczekiwało się na
gimnastykę, która trwała dłużej niż pół godziny dla każdej sali,
była jednak katorgą, a dla wielu grobem. "Raus" w jednej chwili
zbiegaliśmy wszyscy po schodach, ale już na dole w dwóch
szeregach stali jak zwykle z kijami selbstschutze i każdego
przebiegającego środkiem ździelali kijami. Zmęczeni i
zbici stawaliśmy na miejscu zbiórki. Sala nasza liczyła około
400 osób, ustawiani byliśmy w trzech szeregach. Następowało
odliczenie, równanie itp. Selbstschutze wymieniali w tym czasie
pośpiesznie połamane kije na nowe. Komendę nad nami miał
zwyrodnialec Szymański. Był gorszy w swej gorliwości od
gestapowców, podsuwał Niemcom najwymyślniejsze sposoby
torturowania nas. Był spod Inowrocławia. Ale i jego Niemcy
wykończyli, zginął w obozie w Gusen. Gdy wreszcie odliczono i
stan się zgadzał, Szymański meldował komendantowi obozu, poczem
padał rozkaz komendanta. W prawo zwrot, biegiem w koło marsz ...
marsz ... Dalszą komendę obejmował Szymański. Padnij, powstań!
Padnij, marsz! Skoki na jednej nodze! Zmiana nogi! No ruszaj
się, ty polska świnio i w ślad za przekleństwami sypią
się uderzenia. Najpierw selbstschutze a potem - gestapowcy
zaczynają nas bić kijami i bykowcami. Kto upadł, już nie wstał,
został zdeptany przez kolegów i dobity kijami selbstsbutzów, a
gdy jeszcze dał znak życia, wówczas zbliżał się gestapowiec i
celnym strzałem pozbawiał życia katowaną ofiarę. Tymczasem dla
żyjących rozlegał się w dalszym ciągu rozkaz, Padnij -
koziołkować, - powstań - marsz - i tak aż do umęczenia. Tego
dnia oberwaliśmy wszyscy sporo kijów. Słońce wiosenne
przygrzewało dość silnie, w parku śpiewały ptaki. Na
placu leżało kilku zabitych, innych kilkunastu ciężko rannych i
pokrwawionych, ledwo powłóczyło nogami. Rozległ się gwizdek
gestapowca - Ćwiczenia - skończone. Na komendę „na salę marsz”
runęliśmy, ile tylko sił było jeszcze w nogach, do wszystkich
drzwi, prowadzących na strych. Na karkach jechali nam już Niemcy
i tłukli kijami, gdzie popadło. Kto pierwszy dopadł drzwi i
dostał się na górę, uniknął bicia, ale w czterystu nieomal
chłopa nie tak łatwo przemknąć przez wąziutkie przejście.
Powstał więc tłok, Niemcy dopadli nas i łamali kije na naszych
grzbietach.
Koszmarne
noce
W tym
czasie zaczęły przybywać mniejsze transporty ludzi z
Gniezna, Mogilna, Inowrocławia i okolic. Któregoś dnia, gdy
obudziliśmy się zobaczyliśmy wiszącego na belce emerytowanego
policjanta z Gostynina. Nie mógł dłużej znieść tego i powiesił
się. 22 kwietnia nad ranem Tadeusz Jankowski z Gąbina usiłował
wydostać się na podwórze do ubikacji. Na szmer przy drzwiach
stojący na zewnątrz strażnik - wystrzałem zaalarmował obóz.
Natychmiast wszystkie posterunki zaczęły grzmieć z automatów.
Niebawem wpadł do nas oficer inspekcyjny w towarzystwie dwóch
innych gestapowców z latarką w ręku. Struga światła padła na
wystraszonego Jankowskiego w momencie gdy układał się na
barłogu. Było już za późno, gestapowcy wpadli do naszego kojca,
wołając - Kto stąd próbował otworzyć drzwi i uciec? Na to
pytanie nikt nie odpowiedział. Rozwścieczony tym milczeniem
gestapowiec zaczął kopać wszystkich i grozić pistoletem. -
Wszyscy z tego kąta na podwórze - raus! Struchleliśmy.
wiedzieliśmy co to znaczy. Wówczas podniósł się Tadek Jankowski
i trzymając się za brzuch wyszeptał: Ich ... ich krank ... oj
jak bili ... krank... tylko tyle umiał po niemiecku. A, du bist
krank, komm ... komm mit, wezwał go gestapowiec, popychając ku
wyjściu. Na schodach zdzielił go kilka razy kolbą pistoletu po
głowie i gdy wyprowadził na podwórze, kazał podnieść ręce do
góry i biec w kierunku ustępu, lecz zaledwie tamten ubiegł parę
kroków, padł z tyłu strzał i Jankowski z przestrzeloną głową
runął na ziemię. Wówczas gestapowiec schował broń, kopnął
dogorywającego i odszedł. Obserwowaliśmy wszystko przez szpary
strychu. Do rana nikt już nie usnął. Rano, lekarz, kolega nasz -
Antoni Gościński ze Strzelna musiał stwierdzić śmierć, a w
raporcie zgonów gestapo zanotowało, że Tadeusz Jankowski
zastrzelony został za usiłowanie ucieczki. Od tego wypadku
nastało dla nas istne piekło. Noc była straszniejsza od dnia.
Nie było nocy - bez alarmu, który by nie pociągnął za sobą kilku
ofiar. I tak kiedyś w pierwszych dniach maja zastrzelono z
naszej sali sześciu ludzi w tym kierownika sali, jego dwu braci
i kolegów - za rzekome nadużycia przy rozdawaniu racji
żywnościowych. Innym znowu razem wykończono w okropny sposób
więźnia, który miał za żonę żydówkę i czując się więcej Polakiem
niż Niemcem, nie chciał podpisać listy niemieckiej. Ile ten
człowiek przecierpiał, to pamiętają dobrze naoczni świadkowie, a
że sprzyjał polakom, więc współczuliśmy jego niedoli. Zginął z
wycieńczenia, ran i wyczerpania psychicznego, wykończony w
chlewie, pełnym nawozu i szczurów. Nim go pojmali oprawcy - spał
obok mnie - na imię miał Hans, nazwiska nie pamiętam, był z
Mogilna.
Grób
zamiast szpitala
Niejaki
Kozłowski z majątku Kąty w powiecie gostynińskim, chory na serce
za grubym okupem wyjednał dla siebie, że nie brał udziału w
ćwiczeniach, ale za to przez cały czas musiał klęczeć na
gnojowniku ze złożonymi jak do modlitwy rękoma, przechodzący zaś
Niemcy pluli na niego i bili go. 26 kwietnia padł rozkaz -
chorych nie ma wszyscy ćwiczą. Kozłowski musiał też stanąć do
szeregu. Zaledwie przebiegł jeden krąg, zabrakło mu tchu, piana
ukazała się na ustach, zaczął rękoma bić w powietrzu i na drugim
okrążeniu upadł nam pod nogi. Mając przeszkodę,
przeskakiwaliśmy, ale gestapowcy dopadli go, zaczęli bić, a nam
kazali deptać leżącego. Kto tego nie robiły otrzymywał solidną
porcję kijów. Gdy usiłowania selbstschutzów i gestapowców, by
powstał i dalej ćwiczył, nie odniosły skutku, zbliżył się jeden
gestapowiec i przyłożywszy pistolet do skroni, wypalił -
Kozłowski coś zabełkotał i skonał. My ćwiczyliśmy, dalej w
skokach, przysiadach, żabkach, rolowaniach, biegach itp. Tak to
wyglądał „sport" w Szczeglinie. Po naszym przyjeździe
oznajmiono, że kto chory może korzystać z izby chorych i
wszelkiej pomocy lekarskiej. Zgłosiło się więc kilku chorych na
grypę i inne przypadłości. Ulokowano ich w szpitaliku obozowym,
byli zwolnieni od ćwiczeń i szykan, jakich my doznawaliśmy.
Któregoś dnia podjechało odkryte ciężarowe auto i zabrało ciężko
chorych, rzekomo, do szpitala w Gnieźnie. Uszczęśliwieni żegnali
się z nami w nadziei, że gdy wyzdrowieją będą wolni. Następnego
dnia wywózkę chorych powtórzono, trzeciego dnia, a było to w
porze obiadowej spostrzegłem, że szofer, nasz kolega ma jakąś
dziwnie niewyraźną minę. To mnie zaintrygowało, zacząłem
obserwować jego i samochód. Z przerażeniem zauważyłem, że z boku
samochodu przypięty jest szpadel i to cały zabłocony.
Zrozumiałem, a jutro i ja chciałem się zapisać do lekarza.
Opowiedziałem o swoich spostrzeżeniach kolegom, a wieczorem
przycisnęliśmy szofera, który po wielu naleganiach i
zaklinaniach wyjawił, że chorych wywozi się za stodołę w pole -
tam własnoręcznie muszą kopać dół, a następnie zostają
zastrzeleni, zaś szofer musi zasypywać ich groby. Walizki ich są
przenoszone do stodoły gdzie łup idzie do podziału selbschutzów.
Szofer ten błagał nas byśmy zachowali tajemnicę i nie wydali go.
Nie pomogło to i tak, bo za kilka dni, by nie mieć świadka -
zbrodni - zastrzelono go. Teraz już nikt nie zgłaszał się do
izby chorych, przestrzegliśmy wszystkich. Niemcy nie mogli
zrozumieć, co oznacza ten brak chorych. Szymański wytłumaczył
im, że sport i świeże powietrze wpływa dodatnio na nasze
zdrowie. Czas mijał. Nasze położenie w niczym nie zmieniło się -
te same ćwiczenia połączone z mordowaniem, te same szykany i te
same okropne przesłuchiwania na gestapo. 28 kwietnia wezwano i
mnie. Po wejściu do pierwszego pokoju, zameldowałem się jak
tylko mogłem i umiałem po niemiecku, ale ostatnie słowa uwięzły
mi w krtani, bo wijąc się z bólu padłem na podłogę, okładany
pięściami przez dwóch drabów. Gdy odebrałem swoją porcję
powitalną, moi oprawcy znikli. Byłem oszołomiony dźwignąłem się
szło mi to opornie, czułem ból w kościach i głowie, uświadomiłem
sobie, że jest to sposób zastraszania przed właściwym
przesłuchaniem. Gdy ciężko dysząc stanąłem na nogi, usłyszałem
czyjś głos - Proszę iść do tych drzwi na lewo! Znalazłem się w
pięknie urządzonym gabinecie, na wprost mnie siedział za
biurkiem mężczyzna w mundurze oficera gestapo, który ujrzawszy
mnie wstał i odezwał się uprzejmie, jak do starego znajomego. -
A to pan. Proszę, proszę niech pan siada, o tu. Usiadłem. Byłem
tak wyczerpany i taki szum miałem w głowie, że uczułem nawet
pewną wdzięczność dla mego prześladowcy. Ten spojrzał na mnie
badawczo i odezwał się niemal po ojcowsku. - Ależ człowieku, co
z panem jest, pan blady i drży - proszę sobie włosy poprawić.
Czy pan nie jest chory? Nie - nic mi nie jest - odrzekłem,
uważając, by ten lis na czymś mnie nie złapał. No, to może
pozwoli pan kieliszek rumu, kawy gorącej, ciasteczko, owoce. A
może papieroska? - pytał gestapowiec usłużnie przysuwając
przynętę, która znajdowała się na skraju biurka. - Dziękuję nie
jestem głodny, a alkoholu i papierosów nie używam -
odpowiedziałem, choć mi się chciało szalenie palić. Nie chce
pan, no to trudno. Proszę mi powiedzieć - przyszedł wreszcie do
meritum sprawy - co pan tu robi, przecież pan powinien być na
wolności i z nami pracować. Nie rozumiem panie komendancie, do
czego pan zmierza. Do niczego - chcę tylko zwrócić uwagę, że
pana miejsce jest, gdzie indziej nie tu. O proszę, niech pan
podpisze tę listę i sprawa załatwiona. O jakże teraz była
niebezpieczna ta chwila - wdać się w dyskusję, to klęska, to
śmierć. Postanowiłem więc milczeć. - No więc jak? - ponowił
propozycję już zdenerwowany. I znów milczałem. Teraz zaczęło go
już ponosić, czekałem chwili gdy rzuci się na mnie. Niemiec
ruszył się niespokojnie i krzyknął. - To tak. Znam ja was wy
dumni Polacy. Za Sikorskim wy tęsknicie, przeciw nam idziecie,
przeciw fuhrerowi. A niedoczekanie wasze, zginiecie marnie.
Milczałem nadal. Żebyś nie pożałował tego! A teraz - zwrócił się
do moich opiekunów - odprowadzić więźnia! Gdy znalazłem się znów
na schodach, zostałem czymś uderzony w głowę, a następnie
pchnięty tak że gdy znalazłem się na dole, już nie mogłem ustać
na nogach. Na czworakach dopełzałem do bramy popychany, kopany.
Miałem mimo wszystko szczęście, bo wielu kolegów w ogóle z
przesłuchania nie wracało.
Do Dachau
Nadszedł
dzień, 3 maja 1940 r. Pogoda od rana była piękna, wiosna w
pełni. Godziny upływały w oczekiwaniu na zbiórkę, ale jakoś
gestapo dziś nie kwapiło się do męczenia nas. W obozie panowała
kompletna cisza. Dopiero doktor Gościński poinformował nas, a
pisarz obozowy Marian Bohat potwierdził, że kurs zaprawy
skończony, że mamy odpocząć i zaprowadzić swój własny samorząd.
Niemcy będą się nam tylko przypatrywali. Byliśmy zdumieni. Więc
to prawda - dadzą nam spokój. Potem przyszła radosna wiadomość,
że szóstego maja mamy być wszyscy zwolnieni. Jakby na
potwierdzenie tego, czwartego maja zwolniono z obozu wszystkie
kobiety i kilku księży. Ale radość nasza była krótka, bo już
wieczorem zarządzono zbiórkę na placu, a następnie dokonano
przeglądu w asyście jakichś nowych gestapowców, przegrupowywano
nas ciągle, a w końcu kazano podpisywać listy posiadanych w
depozycie pieniędzy. Wreszcie dowiedzieliśmy się że wywożą nas
dokądś. Zaczęto z trwogą szeptać – Dachau. Nazajutrz skoro świt
- pobudka. Zaraz po śniadaniu wyprowadzono nas na plac,
odliczono, sprawdzono listy transportowe i kazano maszerować w
stronę stacji kolejowej. Na bocznicy, przy akompaniamencie bicia
i wymyślań, załadowano nas po 35 do 40 osób do wagonów, wrzucono
chleb i po bańce kawy. Wagony zaplombowano i o godz. 7 - mej
rano dnia 5 maja 1940 roku pociąg ruszył.
Ryszard
Brenner
******
Wspomina
Kazimierz Marczewski,
syn Wiktora, któremu los pozwolił
doczekać pierwszego spotkania uczestników byłego Obozu w
Szczeglinie po 70 latach - w dniu 13 maja 2009 roku -
zorganizowanego przez Zarząd Wojewódzki Stowarzyszenia
Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. Pan Kazimierz ma 75
lat. Trafił do obozu w Szczeglinie jako dziecko (miał
zaledwie 6 lat) z ojcem Wiktorem, matką Marianną (z domu
Dobrzyńska) oraz z młodszą siostrą Jadwigą - liczącą wtedy 5
lat
Dnia 20 października 1939 r. z Goryszewa pow. Mogilno
zostaliśmy przez Gestapo w Gębicach pow. Mogilno
przetransportowani samochodem ciężarowym do nowo zorganizowanego
Obozu Koncentracyjnego w Szczeglinie - bo tak na początku obóz
nazywano. Zabrano nas (tak jak staliśmy) - całą rodzinę i
powieziono do Gębie na posterunek Gestapo. Po krótkim
przesłuchaniu ojca Wiktora - bez wyroku - tym samym samochodem
-zawieziono do obozu w Szczeglinie. Umieszczono na w
pomajątkowej stodole drewnianej ze słomą jęczmienną, która
znajdowała się na terenie obozu już ogrodzonego wysokim płotem z
drutu kolczastego. Sztab Gestapo mieścił się w pałacu
właściciela majątku – Niemca. Tutaj przesłuchiwano ojca Wiktora
- długo bijąc go kijami i kopiąc nogami aż do utraty
przytomności. Zarzucano ojcu, że wyrządzał: krzywdy w roku 1938
i 1939 miejscowym Niemcom - sąsiadom z Kwieciszewa i okolicy,
którzy organizowali swoje zebrania bez zezwolenia władz polskich
w salce u pastora ewangelickiego i Niemca Drewsa w Kwieciszewie,
jak ojcu było wiadomo - w sprawie napaści Hitlera na Polskę. Ojciec był podoficerem rezerwy 59 Pułku Piechoty
Wielkopolskiej w Inowrocławiu. Miał obowiązek to czynić z
polecenia władz związku, którego był członkiem. Należał do
Związku Oficerów i Podoficerów Rezerwy w Inowrocławiu. Miał
także obowiązek przy współudziale swoich kolegów - rozganiać
Niemców organizujących wiece i zebrania. Ojciec tego nie czynił,
po prostu w łagodny sposób - prosił o rozejście się. To był powód do osadzenia naszej rodziny w Obozie
przejściowym w Szczeglinie. Mój ojciec z zawodu był kołodziejem
to też zmuszono go do pracy w obozowym warsztacie kołodziejskim.
Pracował w świątek, piątek i w niedzielę od świtu do zmroku do
chwili zlikwidowania obozu - czyli do połowy czerwca 1941 r. -
przeniesieno go do Inowrocławia - Błonie. Obóz Inowrocław -
Błonie został pobudowany prze więźniów obozu w Szczeglinie,
których codziennie już o świcie przewożono do pracy a z pracy z
Inowrocławia - wracali o zmroku.
Obóz w Szczeglinie, absolutnie nie był przygotowany -
nie spełniał wymogów na uwięzienie wielu setek ludzi tu
aresztowanych bez żadnych wyroków - pomówionych jedynie przez
Niemców miejscowych - sąsiadów, którzy nieraz mieli jakieś
drobne nieporozumienia jak to zwykle bywało.
Aresztowanych w Szczeglinie - umieszczano w byłym
majątku rolnym - właściciela Niemca Vernera von Brocka - w
stajniach na konie, w oborach na bydło, w świniarniach na trzodę
chlewną i w wielkiej stodole drewnianej, jedynie ze słomą
jęczmienną oraz na strychach. Nie było się gdzie umyć, załatwić.
Później dopiero urządzono - latryny - miejsca do załatwiania
własnej potrzeby w mniej dostępnym miejscu ale pod gołym niebem.
Umieszczono też koryta drewniane z wodą, aby się można było
umyć. W zimie gdy zamarzła - brakło wody do mycia – zaczęły
atakować wszy i inne robactwo. Nie było na to rady i innych
środków czystości. Żyliśmy z dnia na dzień w takich nie do
pomyślenia warunkach.
Wyżywienie to - ograniczony kawałek starego nieraz
spleśniałego chleba i czarna zimna kawa. Byliśmy świadkami jak
codziennie wywożono trupy zakatowanych na śmierć więźniów -
między innymi i dzieci na pola ziemi szczeglińskiej - gdzie
kopali zbiorcze mogiły wieczorami i w nocy współwięźniowie pod
nadzorem ss - manów i ich pomocników - młodych Niemców z
Hitlerjugend oraz współwięźnia polaka - zdrajcy Szymańskiego
„Szymona”, który w torturowaniu swoich kolegów - nieraz był
gorszy od ss - manów. W pałacu właściciela ziemskiego Szczeglina
mieściło się dowództwo policji – gdzie przez rzekomych lekarzy w
mundurach i białych fartuchach - pobierali od więźniów krew
strzykawkami, między innymi i od moich rodziców, siostry Jadwigi
i mnie. Pamiętam jak współtowarzyszący ss - man, ostrzegł ojca o
nie mówieniu współwięźniom na ten temat - pod karą śmierci.
Do tej pory nie wiem w jakim celu - pobierana była
krew od więźniów. Prawdopodobnie na doświadczenia pseudomedyczne
- robione na polskich więźniach. Więźniami w Szczeglinie byli
księża (z Mogilna ks. Tadeusz Zieliński, ks. Szczepan Misiak) i
żydzi (przede wszystkim żydówki). Księża - dłuższy czas nie
przebywali w Szczeglinie. Po 2 tygodniach zostali wywiezieni do
innych obozów koncentracyjnych. Natomiast żydówki umieszczono w
nieczynnej szkole powszechnej w pobliskiej Dąbrówce. Żydówki
pracowały na polach majątku Dąbrówka do jesieni 1944 r. Gdy
skończyły się jesienne prace w polu żydówki pewnej nocy zabrano
ze szkoły i wywieziono w nieznane. Nikt nie wie gdzie i co dalej
się z nimi stało.
Kazimierz
Marczewski
|